Masz pytanie?

Akumulator

Piątek, 20.05.2022

 

Jakiś taki dziwny jest dzisiejszy dzień. W moim słowniku brakuje przymiotnika, którym mogłabym go opisać.

Zaczął się, jak zwykle. Wstałam, umyłam się, ubrałam, wyprowadziłam na spacer psy, zjadłam śniadanie, umyłam zęby, pobawiłam się w nauczyciela angielskiego i jak zwykle, po wszystkim, wyszłam do warsztatu. Mój warsztat od kilku tygodni rozłożony jest na ogromnym, podwórkowym stole. Stół mieści się pod starą, rozłożystą sosną, której grube gałęzie osłaniają moją skórę i głowę przed słońcem. W tym roku przy stole znalazł się wysoki pień suchej brzozy, pełniący rolę warsztatowego stołka, na którym w końcu mogę posadzić swój tyłek, nie musząc już, tym samym, zginać się pod kątem 90 stopni w czasie pracy. Pień jest wygodny, ciepły i szeroki, czasem mogę sobie usiąść na nim nawet po turecku :)

Niedaleko stołu, sosny i brzozowego pnia jest płot, który wyznacza granicę naszego podwórka. Czasem za płotem pojawiają się leśni spacerowicze, ale zdarza się to bardzo rzadko. Bardzo często natomiast pojawiają się tu sójki, które przylatują, by napić się wody z naszej sadzawki. Na początku sójki bacznie mi się przyglądały, przekrzywiając swe lśniące główki raz na prawą, raz na lewą stronę, sprawdzając, czy stanowię dla nich jakiekolwiek zagrożenie. Szybko jednak zrozumiały, że żadnego niebezpieczeństwa z mojej strony nie należy się spodziewać i dziś bez zastanowienia sfruwają z wysokich gałęzi, by ukoić pragnienie.

Dzisiaj jednak sójki nie zaszczyciły mnie swą obecnością. Cholernie suchy i gorący dzień sprawił, że większość ptaków do południa zaszyła się gdzieś w chłodnym lesie. Mnie jednak skwar nie zniechęcił do pracy na świeżym powietrzu. Wróciłam do lipy i noży snycerskich. Byłam dokładna, skupiona, skoncentrowana na tym co robię, bo brak koncentracji mógłby... hmmmm.... pomińmy ten czarny scenariusz ;) Głowa bez ustanku dumała pod jakim kątem wbić w lipę nóż, jak bezpiecznie pokierować dłonią, by z drewna zaczęły powstawać zamierzone kształty.

Pracę zaczęłam około 10.30. Planowałam spędzić przy warsztatowym stole, jak zwykle, jakieś 6 - 7 godzin, ale ok. godz. 14.00 mój osobisty, wewnętrzny akumulator padł. Poczułam, że ręce przestają mnie słuchać a myśli, jak i siły, zaczynają gdzieś odpływać.... Pomyślałam, że kolejna, piąta dolewka yerby coś zmieni. Nic. Wciąż bezsiła. Może kawa? Eeeee, na kawę zupełnie jakoś nie mam ochoty...

Wróciłam do domu.

- Cóż, ugotuję obiad - pomyślałam.

Gotowanie obiadu wpędziło mnie w jeszcze większy marazm a jego zjedzenie uczyniło mnie ociężałą.

- Lepiej wyprowadź psy na kolejny spacer, zanim zupełnie wszystkiego ci się odechce - próbowała zachęcić ciało do działania głowa.

Zaczęłam więc działać w kierunku spaceru. Ubrałam psy, przewiązałam je w pasie, wzięłam frisbee w dłoń i baaardzo powolnym krokiem ruszyłam w stronę łąki. Zazwyczaj mknę przez las tak szybko, że nikt nie jest w stanie mnie dogonić. Jednak dziś, uwierzcie, nawet staruszek poruszający się o lasce wyglądałby przy mnie jak maratończyk z wieloletnim doświadczeniem...

Wracając ze spaceru, samopoczucie pozostawało bez zmian. Psy, przeciwnie: szczęśliwe, wykąpane i wybiegane, lekko i radośnie podskakiwały na swych kudłatych, czterech łapach. Za nimi ja - właścicielka ledwo powłócząca nogami. Ciężkie stąpanie i szuranie butami o suchy mech słychać było zapewne w całej okolicy. Do tego dwie kudłate panny postanowiły mi akompaniować. I tak, na przekładkę, Fibi głośnym pierdzeniem a Inka - bekaniem. W rytmie "muzyki etnicznej" dotarliśmy do domu. Weszłam do ogrodu i padłam na hamak, wyciągając swe watowate kończyny. Szybko zapadłam w drzemkę. Drzemka niczego nie zmieniła.

- Nieeeee - warknęłam - tak być nie może!!!

Ostatkiem sił wyczołgałam się z hamaka a może raczej wypadłam z niego z hukiem, bo jakoś gumowate nogi odmówiły współpracy.

- Nie poddam się, choćbym miała skonać!!!

Ostatkiem sił doszłam do tarasowych drzwi. Udało mi się przez nie przejść bezwypadkowo. Z ogromną satysfakcją i radością dobiłam do szafki i wyciągnęłam z niej czarkę. Wsypałam do niej matchę, dolałam wody, bambusowym chasenem ubiłam piankę ręką jakby nie swoją i trzema łykami, jak zalecają znawcy, oddychając głęboko, wciągnęłam sproszkowaną,  porządnie spienioną, zieloną herbatę w przełyk....

...iiiiii......

... odłożyłam pustą czarkę, przeniosłam się na kanapę stojącą w ogrodowej altance, na drewnianym stole położyłam stopy i patrząc tępo w strumyk spływający po kamykach wprost do sadzawki, która pełni rolę wodopoju dla ptaków i owadów wszelakich, zdecydowałam, że muszę po prostu odpocząć. Muszę naładować akumulator, który tak wiernie mi służył przez ostatnie kilka tygodni, bo te ostatnie kilka tygodni były dla mnie bardzo intensywne i dynamiczne twórczo.

Co powstało w tym kreatywnym czasie? Zobaczycie poniżej, na zdjęciach. Na razie jeszcze wszystkie twory drewniano-surowe, ale już wkrótce dojrzeją i nabiorą kosmicznych barw :)

Ściskam ♥ Pamiętajcie o ładowaniu swoich akumulatorów :)

 

 

 

  • Matcha, matchawan, chasen i smakowita pianka
    Matcha, matchawan, chasen i smakowita pianka
  • Drewniana biżuteria, nowe szpile i wisiorki
    Drewniana biżuteria, nowe szpile i wisiorki
  • Rzeichowe liście rzeźbione w drewnie lipowym
    Rzeichowe liście rzeźbione w drewnie lipowym
  • Rzemiosło Rzepicha
    Rzemiosło Rzepicha
Facebook