Masz pytanie?

Niesamotne bycie samą...

Wtorek, 19.10.2021

Wstaję rano. Za oknem mglisto. Termometr pokazuje temperaturę dość przyzwoitą jak na końcówkę października, ale mimo to jesienny chłód czuję w kościach. Od kilku dobrych dni czekam na tę właściwą chwilę - chwilę, by móc wsunąć się w swój niewielki, wysłużony już, połatany, chybotliwy, zielony kajaczek (pieszczotliwie osą zwany ;)) i popłynąć z prądem do łabędzi, czapli i kaczek...

Ostatnie dni nie sprzyjały pływaniu: jak nie deszcz, to wichura albo jedno i drugie. Fale na kanale jak na Pacyfiku. Spróbowałabym, ale cóż... tchórz ze mnie i tyle.

Jednak dziś - dziś się odważę. Zanim jednak chwycę kajak obiema rękami, zegnę się w pół i z trudem zatargam go nad rzekę, muszę wyprowadzić psy na spacer, bo jeśli nie zapewnię im porządnej dawki ruchu zanim wyruszę, to ich wycie, skomlenie i piski słyszeć będę w kajaku jakieś 200 kilometrów dalej (choć tak daleko na pewno nie uda mi się wypłynąć ;)... .

Po wyczerpującym spacerze nogi "watowate" ale przecież w kajaku nie będę ich nadwyrężać... Upewniam się jeszcze, że zmienna pogoda nie popsuje mi planów i choć nimbostratusy, które mam tuż za plecami nie wróżą nic dobrego, to ufam, że wiatr, który wieje z przeciwnego kierunku zdoła je rozpędzić zostawiając nad moją głową jedynie małe cumulusy -  te śliczne białe, kłębiaste obłoczki, na które z uwielbieniem patrzę latem leżąc na zielonej trawie.

Ruszam...

Ciągnę kajaczek jak trupa po ziemi, od czasu do czasu zahaczę nim (kajakiem rzecz jasna, nie trupem ;)) o korzeń, czasem kółka wózka transportowego ugrzęzną w piasku, a jak źle wysteruję to i sama odbiję się od sosny, która tak jakoś nagle wyrośnie mi przed nosem. W końcu docieram na łąkę, jeszcze tylko kilka kroków dzieli mnie od rzeki a wtedy w końcu zamoczę kajakowy brzuszek w zimnej wodzie, bo kajakowe brzuszki lubią zimną wodę.

Wsuwam się zgrabnie do "osy", otulam dolne części ciała kocykiem,  w nogi pcham termos z ciepłą herbatą, odbijam się wiosłem od brzegu i płynę.

Zanim znikną ludzkie hałasy, muszę minąć most. Za mostem nie słychać już nic, tylko szum drzew, odgłosy ptaków i chlupot wody uderzanej rytmicznie przez wiosła. Kilka minut później chce mi się pić, ale nici z herbaty, bo diabelny termos potoczył się gdzieś w dziób kajaka, a kajak chybotliwy, więc ryzykować życia dla kilku łyków płynu raczej nie będę...

Zatapiam wzrok w wodzie i kolorowych drzewach. Mijam łabędzią rodzinkę, nade mną przelatują trzy żurawie (myślałam, że już dawno odleciały), przede mną stado kaczek podrywa się do lotu. Na brzegu nie dzieje się zupełnie nic... No prawie nic, bo nagle wzmaga się wiatr i rzeka staje się jakby szersza. Na jednym z brzegów dostrzegam małą, szarą łódkę ukrytą w przybrzeżnych zaroślach... Niby nic, ot taka zwykła łódka, ale wyobraźnia robi swoje: co jeśli ta łódka, to łódź Charona a ten Wieeelki Kanał Brdy, to tak naprawdę Styks? Przysięgam, że jeśli zaraz zza któregoś drzewa wychyli się Cerber, to sama wskoczę do rzeki i stanę się nieśmiertelna (prawie jak Achilles - prawie, bo upewnię się, że obie pięty zanurzone są w wodzie ;) )

Moje rozmyślania przerywa telefon - telefon wcale nie od przyjaciela. W słuchawce słychać złowieszczy głos bota: "Uwaga!!!..." Kilkanaście razy w tygodniu, mimo blokady numeru, dzwoni do mnie ten sam cholerny bot, który śmie mi grozić... Jakim prawem właśnie dziś, tu, na kajaczku, wybija mnie z mych głębokich rozmyślań ???!!!!! Nagle zdaję sobie sprawę, że pływam już tak od godziny a przecież jeszcze muszę wrócić do domu...wrócić pod prąd!!!

Zawracam więc mój kajaczek, trochę nieumiejętnie, ochlapując wodą spodnie i rękawy bluzy. Wiosłuję ile sił w bicepsach, by szybko dobrnąć do brzegu ale ten sam wiatr, który chwilę temu był moim sprzymierzeńcem, teraz staje się przeciwnikiem, który utrudnia poruszanie się do przodu, co więcej sprawia, że twarz staje się mokra od łez.

Po godzinnych zmaganiach z siłami natury, dobijam do brzegu. Mokra od łez, smarków i potu, pachnąc jak zgniła cebula, pakuję zielony kajaczek z powrotem na wózeczek i z jęzorem na brodzie, wracam po własnych śladach do domu. Niby to tylko jakieś 400 metrów ale nie wiem, czy dam radę je pokonać. Pocieszam się jednak tym, że w razie załamania nerwowego moich mięśni tudzież buntu mózgu, mogę zadzwonić po pomoc ;) ... więcej nie myślę, brnę do przodu.

Jeszcze tylko 30, 20, 10 metrów... Czołgam się z kajaczkiem do furtki, która zdaje się ode mnie uciekać. Chwytam za klamkę, przechodzę granicę podwórka, zostawiam kajak tuż przy bramie, schowam go później. Ostatkiem sił pokonuję dwa schodki, otwieram drzwi i.... widzę 16 łap, cztery merdające radośnie ogony i cztery pary wlepionych we mnie bursztynowych oczu: To co pańcia - mówią psie oczy - czas na spacerek?!!!!...

Takie chwile, jak te w kajaczku lub pośród chmur, to chwile, których spragniona jestem ostatnio bardzo. Takie samotne - niesamotne bycie ze sobą. Poczułam, że ich potrzebuję, bo warto czasem oderwać się od codzienności. Dodatkowa odrobina adrenaliny wyczyszcza umył ze złych emocji i leczy chore myśli. Postanowiłam fundować sobie takie małe chwile częściej ;)

Jednak, by móc się tak oderwać, by móc "adrenaliny" kosztować, musiałam z czegoś zrezygnować. Zrezygnowałam ze zdjęć, w rezultacie czego w Rzepichowym kufrze roi się od nowych wisiorów (głównie smoków) a w szafie przepychają się kolorowe swetry. Czas wziąć się do roboty!!!

Jeśli polowaliście na smoki, tudzież planowaliście obdarzyć smokiem kogoś w te święta, to wyglądajcie nowości już w przyszłym tygodniu...

Ściskam

Rzepicha

 

 

 

 

 

 

  • Liść brzozowy
    Liść brzozowy
  • Żółta jesień
    Żółta jesień
  • Kolorowa przyroda
    Kolorowa przyroda
  • Mgła nad rzeką
    Mgła nad rzeką
Facebook