Masz pytanie?

Plotki, sople, spragnione sikorki i historia pięciu wilków...

Piątek, 11.03.2022

Plotki, moi drodzy. Kto się z nimi nigdy nie zetknął, ten zapewne niedawno przybył tu z innej planety ;). Zazwyczaj plotki ignoruję nie zawracając sobie nimi głowy, ale jeśli zdarzy się, że jakaś mnie zaintryguje, zwyczajnie sprawdzam, czy jest prawdziwa.

Tym razem jednak przyjęłam bez sprawdzania. Ot tak, bezmyślnie i głupio.

Spacerując po lesie niemal co dzień spotykam niedbale odzianego osobnika płci męskiej, w wieku więcej niż średnim, który porusza się wolnym, często chwiejnym krokiem w sobie tylko znanym kierunku. To wysoki, zgarbiony mężczyzna o czarnych jak węgiel włosach, sumiastych wąsach i ciemnych oczach. Bardzo spokojny i życzliwy człowiek, zawsze uśmiechnięty, zadowolony z życia, witający nas wesołym "dzień dobry", nie szczędzący pochwał dla moich czworonożnych towarzyszy.

- Grzeczne, ładne i dobrze wychowane pieski - twierdzi wesoły Człowiek.

Zadziwiające jest to, że moje psy tylko na jego widok nie reagują szczekaniem i warczeniem. Innych, zbliżających się ku mnie ludzi,  zazwyczaj przeganiają groźnym prychaniem, co świadczyć może tylko o tym, że ów miły Pan nie jest dla mnie żadnym zagrożeniem i krzywdy mi zrobić nie zamierza. Darzę sympatią tego Człowieka, choć niewiele o nim wiem, ale lubię sobie wyobrażać, że jest Leśnym Strażnikiem, który każdego dnia dogląda lasu czuwając nad bezpieczeństwem jego mieszkańców. Wyobrażenie to sprawia, że świat wydaje się bardziej ciekawy, tajemniczy a to z kolei sprawia mojej głowie niesamowitą frajdę ;)

Przez ostatnie dwa miesiące nie spotykałam Strażnika w lesie. Nie było go pod drzewem, pod którym miał zwyczaj odpoczywać, nie widziałam w oddali jego chwiejącej się sylwetki. Aż któregoś dnia dotarła do mnie smutna wiadomość, że ów Człowiek... hmmm..... ujmując rzecz poetycko: zasnął snem wiecznym. Zrobiło mi się smutno, bo był niezwykle pozytywnym bohaterem w mojej "Rzepichowej bajce"... Szkoda, wielka szkoda i strata, pomyślałam.

Możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy kilka dni temu, będąc na porannej przechadzce z kudłatościami, zza sosnowego winkla wyłonił się "Strażnik Lasu". Cały, zdrowy i żywy. Zdębiałam i ja, i psy... No jak to... No przecież... Tak to jest, moi drodzy, jak bezmyślnie wierzy się w plotki :/

Cieszę się, że Leśny Pan "zmartwychwstał" i nadal będzie doglądał lasu. Cieszę się, że jeszcze nie raz usłyszę radosne, niosące się leśnym echem "dzień dobry" i słowa pochwały skierowane w stronę mych kudłatych towarzyszy.

Tak więc Leśny Strażnik wciąż jest mieszkańcem Rzepichowego Boru, tak jak i sikorki, które ostatnimi czasy stały się nad wyraz aktywne. Nie przylatują już jedynie po to, by okupować drewniany karmnik wypełniony po brzegi pysznym słonecznikiem. Odkąd uruchomiliśmy pompę w naszym oczku wodnym, przysiadają na kamieniach, by napić się wody, która spływa wartkim strumieniem po rdzawych skałkach. Całkiem przez przypadek udało mi się je przyłapać, kiedy to zachwycona sopelkami lodu jakie wyczarował Nocny Mróz - Artysta, próbowałam uwiecznić te urokliwe, lodowe rzeźby na fotografiach. Zresztą spójrzcie sami. Mistrzostwo, kunszt, perfekcja!

A jeśli chodzi o część ostatnią tytułu wpisu dotyczącą wilków, to nie ma ona zupełnie związku ani z plotkami, ani soplami, ani z sikorkami ale o wilkach napisać muszę :). Czy zdarza się Wam czasami, że macie w głowie pewien pomysł ale jakoś nie możecie go zrealizować? Wizję, która ma szansę zaistnieć, jeśli tylko poświęcicie jej trochę więcej czasu... Historia tych czterech wisiorków, którą za chwilę poznacie, jest doskonałym dowodem na to, że czasem warto poczekać z realizacją projektu dłużej.

Duży, niebieski labradoryt był ze mną od roku. Przybył do mnie z kolekcją innych, równie dużych i równie pięknych. Te inne dość szybko znalazły swe miejsce u boku smoków, lisów, wilków, sów czy owadów latających ale ten... ten był niejako wyjątkowy. Od razu wiedziałam, że jego kompanem, wiecznym przyjacielem będzie wilk. Wiedziałam, że wizja, która tkwi gdzieś z tyłu mojej głowy w końcu się ziści, nie wiedziałam tylko kiedy ale czułam, że warto poczekać na ten szczególny moment olśnienia, na TEGO wyjątkowego wilka.

Przez rok znajomości z niezwykłym, błękitnym kamieniem, ani razu nie przyłożyłam do niego żadnego kawałka drewna, za to kilkaset razy trzymałam go w dłoni i przyglądałam mu się z uwagą odkrywając nowe wzory, nowe obrazy, nowe światło, nowe kolory...

Aż pewnego dnia, kilkanaście dni temu dokładnie, kamień do mnie "przemówił" i fart chciał, że właśnie wtedy, tuż obok mnie leżał ten osobliwy kawałek drewna. Tylko jak taki wielki kamień wkomponować w tak małą deseczkę? ...hmm... najlepiej połączyć kilka kawałków!!! :)

Dwa tygodnie temu zaczęłam rzeźbić małe kawałki, ale nie do końca szło tak, jak sobie tego życzyłam: to za wielka głowa, to zbyt smutny, zbyt drapieżny. Nie poddawałam się jednak a nieudane, drewniane próby odkładałam na bok. W końcu, któregoś dnia, udało mi się wyrzeźbić JĄ - spokojną, łagodną wilczycę w jasnym, piaskowym kolorze. Była niemalże idealna, lecz... zbyt drobna. Przytuliłam wilczycę do kamienia i zaczęłam kreślić drugiego wilka. Powoli, dokładnie dopasowywałam do kamienia i wilczycy, głowę szarego wilka, potem tułów. Najtrudniejsze były plecy, bo te, niczym puzzle, musiały idealnie do siebie pasować. Udało się, ale wciąż dwa połączone wilki nie gwarantowały, że zdołają utrzymać kamień. Trzeba było pomyśleć o umoszczeniu dla niego bezpiecznego, wygodnego gniazdka. Wtedy do głowy wpadł pomysł makramowego drzewa. Drzewko szczęścia dość często pojawia się w biżuterii wykonanej techniką wire wrapping, swymi drucianymi (miedzianymi zazwyczaj) korzeniami i gałązkami oplatając wyjątkowe kamienie. Być może sznurkowe drzewo nie będzie wyglądać tak efektownie ale musiałam zaryzykować. Spróbowałam. Uplotłam. Wkomponowałam w drewno tak, by kamień czuł się bezpiecznie.

- Ach - pomyślałam, gdy robota dobiegła końca - wyszło całkiem nieźle :)

Cały proces tworzenia wisiorka trwał dwa tygodnie, w tym jeden dzień, od świtu do zmierzchu, pochłonęło plecenie sznurków. Bolały mnie oczy od ciągłego patrzenia w jeden punkt i kilkuset prób przeplatania sznurków przez zbyt małe dziurki. Bolały palce od trzymania i ściskania sznurków. Bolał odcinek szyjny kręgosłupa od trwania w jednej pozycji (patrzenia w dół). Bolała też troszkę głowa od myślenia i kombinowania ;)... Emocje, jakie mną targały podczas tworzenia, zmieniały się z minuty na minutę. Na przemian ekscytacja, frustracja, dzika radość i zwątpienie we własne umiejętności. Jednak nie było w nich ani minuty chęci poddania się, bo wiedziałam, że jeśli uda mi się projekt skończyć, będę z siebie ogromnie dumna. Wytrwałam, moi drodzy, i może to zabrzmi nieskromnie, ale dumna jestem niesłychanie :)

Okazało się też, że nieudane, drewniane próby, nie do końca były nieudane, bo powstały z nich trzy inne, wilcze wisiorki, które już w niedzielę pojawią się w Rzepichowym sklepie.

Ściskam ♥

 

Ps.

"Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia celu tylko dlatego, że jego osiągnięcie wymaga czasu. Czas i tak upłynie!" (H. Jackson Brown Jr.)

  • WIlczy wisior z drewna egzotycznego z labradorytem
    WIlczy wisior z drewna egzotycznego z labradorytem
  • Niebieski labradoryt
    Niebieski labradoryt
  • Mały wilk
    Mały wilk
  • Śpiący wilk
    Śpiący wilk
  • Malachitowy wilk
    Malachitowy wilk
  • Sople
    Sople
  • Spragnione sikorki
    Spragnione sikorki
  • Mroźna sztuka
    Mroźna sztuka
Facebook