Wyszukiwarka
Masz pytanie?

Tęsknoty prowansalskie, czterdzieści i cztery i... sowa

Czwartek 03.06.2021

Robiąc porządki w kufrze z papierami, natknęłam się na swoje stare notatki i naszły mnie miłe wspomnienia.

Otóż kilkanaście lat temu, zdarzyło mi się mieszkać w Wielkiej Brytanii i pracować jako laboratory technician dla jednej z fabryk produkujących kosmetyki renomowanych (cokolwiek to dziś znaczy) firm. Moim zadaniem było testowanie produktów będących już w sprzedaży (tzw. stability tests) ale także tworzenie nowych, doskonalszych formuł. Dość często czułam smutek (choć nie wiem, czy to trafne słowo) patrząc na skład kosmetyków,  których używają miliony ludzi na całym świecie (w tym także małe dzieci) - kosmetyków, które zawierają substancje toksyczne i rakotwórcze i chyba właśnie ten "smutek" sprawił, że zaczęłam szukać alternatywy i interesować się kosmetykami naturalnymi. Wiem, że dziś wiele osób je robi, sięgając po stare, sprawdzone i skuteczne babcine przepisy, ale wtedy naturalne kosmetyki nie były jeszcze tak popularne a ich produkcja była zbyt droga, by była opłacalna...

Poszukiwania zaprowadziły mnie na trop olejków eterycznych.  Zafascynowana tematem, zdecydowałam się na kurs tradycyjnej chińskiej medycyny połączony z aromaterapią i technikami masażu leczniczego. Kurs prowadzony był przez stowarzyszenie ITHMA - The Institute of Traditional Herbal Medicine and Aromatheraphy w Londynie. Przez osiem miesięcy, w każdy weekend podróżowałam pociągiem z północy na południe, by w Regent's College (dziś Regent's University) słuchać wykładów ekspertów z dziedziny aromaterapii, medycyny chińskiej, masażu, czy też anatomii i fizjologii człowieka. Kurs wspominam niezwykle miło. Oprócz zdobytej wiedzy, którą wykorzystuję do dziś, w trakcie kursu poznałam wielu ciekawych ludzi z różnych części świata: UK, Węgier, Słowacji, Francji, Japonii czy też Chin. Ale to, co utkwiło mi najbardziej w pamięci, to tygodniowy wyjazd do Prowansji, miejsca gdzie można odetchnąć, gdzie życie toczy się jakby wolniej :)

Dokładnie 16 czerwca 2008 roku z lotniska Heathrow ruszyliśmy samolotem do Nice a stamtąd rozsypującym się busem prowadzonym przez kierowcę rajdowca (który według mnie albo miał przysłowiowego diabła za skórą albo zwyczajnie czerpał radość ze straszenia pasażerów), asfaltową, krętą, wąską drogą ze ścianą skalną po jednej stronie a urwiskiem z drugiej, niemal z prędkością światła dotarliśmy do małego miasteczka o nazwie Castellane. Z podróży do Castellane  niewiele pamiętam. Śmiem przypuszczać, że poziom adrenaliny wymazał mi piękne widoki z pamięci lub też wehikuł zbyt szybko się poruszał i nie byłam w stanie zarejestrować żadnego z owych widoków. Pamiętam za to dokładnie, że gdy ujrzałam Castellane, zaparło mi dech w piersiach. Malownicze, małe miasteczko z wąskimi uliczkami, kamiennymi domami, zza których wyglądały wysokie góry...

Mimo, że podczas naszej wyprawy nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie okolicy, bo większość dnia spędzaliśmy na wykładach w La Martre, to udało nam się zobaczyć i poczuć niezwykłe prowansalskie miejsca m.in.: malownicze miasteczko Moustiers-Sainte-Marie, gdzie można napić się krystalicznie czystej wody płynącej z gór, dostępnej ot tak, w kranikach na ulicach miasteczka -wody, którą każdy mógł napełnić swoją butelkę; Grasse - światową stolicę perfum, gdzie miałam okazję stworzyć własne perfumy, po których pustą, aczkolwiek wciąż pachnącą, buteleczkę przechowuję do dziś. Zobaczyliśmy też cudowny przełom rzeki Verdon, która wydrążyła w skałach wapiennych głęboki kanion a w parku narodowym mieliśmy okazję obserwować szybujące nad nami sępy ;). Widziałam też pola lawendy, które ciągnęły się bez końca, które niestety nie były jeszcze koloru lawendowego a raczej świeżej niebieskawo - zielonej trawy z racji niskich temperatur, które akurat w tym roku opóźniły plony.  Ogromne wrażenie sprawiła też na nas stara destylarnia olejków Bremme, gdzie można było przenieść się w czasie... Raz udało mi się nawet wstać przed pianiem koguta, by wdrapać się na jeden ze szczytów gór okalających Castellane, by dotknąć murów Chapelle Notre - Dame du Roc i uchwycić całe, jeszcze śpiące miasteczko w objęciach chmur...

Długo mogłabym pisać o miejscach, które widzieliśmy: o kamiennych kościołach z zabytkowymi dzwonnicami, ciasnych uliczkach, tradycji prowadzenia owiec przez miasto o północy, cudownie pachnących, chrupiących croissantach i słodkiej marmoladzie na śniadanie, o lawendowym piwie czy miodzie,  o czystych, lazurowych jeziorach, od których oczu nie można było oderwać... To, co jednak najbardziej przykuło moją uwagę, to obecność rzemieślników - ludzi, którzy zarabiali na życie prowadząc swe rodzinne, małe interesy: destylarnie olejków, których zapachom nie dorównuje żaden z olejków dostępnych na rynku, wytwórnie miodów, piwa, serów, pachnących przypraw, świeżych owoców prosto z rodzinnego sadu, czy świeżo tłoczonych soków. Nie brakowało tych, którzy zajmowali się rękodziełem: szyciem, robieniem na drutach, pleceniem koszy, rzeźbieniem... W tych uroczych, małych miasteczkach nie było supermarketów, były za to swojskie ryneczki pełne dóbr wszelakich.

Mówi się, że Francuzi nie są gościnni. Przyznam, że będąc na północy Francji, w Lille, też odniosłam takie wrażenie. Brak uśmiechu na twarzach snujących się po mieście, modnie ubranych Francuzów i zapach (wybaczcie) uryny w tunelach metra, czy nawet w wagonach pociągu TGV może do tego kraju zniechęcić. Jednak Prowansja, to miejsce inne - miejsce, gdzie ludzie są uprzejmi i życzliwi. Są to ludzie, dla których tradycje mają ogromną wartość, dlatego dbają o nie i je pielęgnują przekazując z pokolenia na pokolenie. Nie dziwię się, że nie chcą, by jakakolwiek obca kultura zdeptała/zniszczyła ich tożsamość. Prowansja a przynajmniej region, który udało mi się odrobinę poznać, to miejsce omijane przez tzw. wyścig szczurów, gdzie młody niespełna 18 letni chłopak przejmuje interes ojca w postaci małej restauracji na przysłowiowym "zadupiu" i jest ojcu bardzo wdzięczny za to, że ten znalazł czas, chęci i cierpliwość, by go wszystkiego nauczyć i w przyszłości przekazać mu dorobek swojego życia. A propos, Bastiene, bo tak miał na imię ten sympatyczny chłopak (dziś już dorosły mężczyzna), rewelacyjnie gotuje i czerpie z tego niesamowitą radość :)... Nigdy nie zapomnę smaku ciepłego, koziego sera w lawendowym miodzie...hmmm

Tak więc dziś, dla odmiany, podzielę się z Wami zdjęciami z tej krótkiej wyprawy, a jako że dziś mija 44 lata od dnia moich narodzin, pozwolę sobie zdmuchnąć świeczki na torcie i pomyśleć życzenie o następującej treści: "Bym mogła tam kiedyś powrócić i jeszcze raz wtopić zęby w ten przepyszny ser, popijając go delikatnym, różowym winem, leżąc brzuchem do góry na pachnącym, lawendowym polu" ;)

A sowa? Sowę znajdziecie tutaj:

Płomykówka z labradorytem

 

  • Castellane w chmurach

    Castellane w chmurach
  • Śpiące Castellane

    Śpiące Castellane
  • Castellane

    Castellane
  • Chapelle Notre-Dame du Roc

    Chapelle Notre-Dame du Roc
  • Chapelle

    Chapelle
  • Castellane

    Castellane
  • Wapienne skały

    Wapienne skały
  • Prowansalskie góry

    Prowansalskie góry
  • Lawendowe pole

    Lawendowe pole
  • Alembik :)

    Alembik :)
  • Stara destylarnia

    Stara destylarnia
  • Prowansalskie ryneczki

    Prowansalskie ryneczki
  • Francuska oliva

    Francuska oliva
  • Moustiers-Sainte-Marie

    Moustiers-Sainte-Marie
  • Moustiers-Sainte-Marie

    Moustiers-Sainte-Marie
  • Najpiękniejsze prowansalskie miasteczko

    Najpiękniejsze prowansalskie miasteczko
  • Moustiers-Sainte-Marie

    Moustiers-Sainte-Marie
  • Ręcznie malowana ceramika

    Ręcznie malowana ceramika
  • Kolorowe fartuszki

    Kolorowe fartuszki
  • Ręcznie plecione kosze

    Ręcznie plecione kosze
  • Pachnące przyprawy

    Pachnące przyprawy
  • Zielony słoń

    Zielony słoń
  • Grasse

    Grasse
  • Prowansalskie miasteczka

    Prowansalskie miasteczka
  • Urocze kamienne mosty

    Urocze kamienne mosty
  • Lazurowe jeziora

    Lazurowe jeziora
  • Kręte drogi

    Kręte drogi
  • Stare dzwonnice

    Stare dzwonnice